Corvara, Bresannone i Neuschwanstein, czyli powrót z Dolomitów

włochy i niemcy, wrzesień 2019

Monte Paterno, Punta Anna i Col Rosa zaliczone kolejno we wtorek, środę i czwartek. Potem noc w hotelu Mercure. Zostały jeszcze niezagospodarowany piątek i sobota na powrót. Co z nimi zrobiliśmy?

Piątek: pizza i kawa?

W nocy trochę popadało, więc decyzja o wynajęciu noclegu – nawet w hotelu – miała sporo sensu. Z rana – tradycyjnie – jajecznica. Oczywiście na balkonie, bo przecież do kuchni w restauracji nie mielibyśmy wstępu. Ciekawe, co myśleli o nas sąsiedzi z pokojów obok. Zgaduję, że coś w stylu: ech, znowu Polacy.

Padający deszcz zatopił nasze plany wspinaczkowe, więc musieliśmy znaleźć sobie inne zajęcie. Trzeba przyznać, że to dobrze, bo po trzech dniach przydała się jakaś regeneracja, a odwiedzenie kilku miejscówek w okolicy brzmiało jak dobry plan rekreacyjny.

Błąkając się po mapie i terenie, trafiliśmy najpierw gdzieś w okolice Corvary – żeby chociaż pooglądać pasące się na tamtejszych łąkach krowy – a następnie uznaliśmy, że dobrym planem jest wyskoczenie na kawę. Trafiliśmy do Cafe Andy w miejscowości Santa Cristina Valgardena, około godziny 13. Byłem nieco w szoku, jak duży ruch zapanował w tej nieco podstarzałej – a może stylizowanej na taką? – kawiarence.

Godziny sjesty we Włoszech da się odczuć bardzo mocno, zwłaszcza gdy ma się z tym styczność po raz pierwszy. Na zakupy mogliśmy się wybrać w zasadzie tylko do marketu Despar (odpowiednik Spar), a gdy postanowiliśmy zjeść pizzę, w poszukiwaniu czynnej restauracji trafiliśmy aż do Bresannone – miejscowości, w której dwa języki urzędowe uwidaczniały się aż nadto.

Korzystając z okazji, kupiliśmy kilka kartek na pamiątkę, a dopiero potem trafiliśmy do lokalu w którym pomimo sjestowych godzin udało się dostać pizzę. Na zjedzeniu tego przysmaku kuchni włoskiej zakończyliśmy rozrywkową część piątku. Potem już tylko zakupy (tak, czuję się zobowiązany wspominać o zakupach co kilka akapitów) i trasa w stronę Niemiec.


Sobota: Neuschwanstein

W Niemczech przenocowaliśmy się w okolicy Schwangau. Planem na sobotę było zobaczenie zamku Neuschwanstein, ponoć znanego z logo Disneya. Dotarliśmy tam całkiem szybko, nawet pomimo złej pogody, ale to właśnie pogoda była powodem, dla którego nie mogliśmy zamku podziwiać w pełnej krasie. Miejsce wyglądało bajkowo, ale głównie dlatego, że budowlę widzieliśmy zza chmur, jakby przez sen.

Uważam, że choć zobaczenie Neuschwanstein z bliska było ciekawym przeżyciem, o wiele ciekawszą opcją byłoby zobaczenie go z oddali, najlepiej z jakiejś góry obok. W końcu to właśnie tak widujemy go u Disneya. Jednak to lepiej zostawić na lepsze warunki pogodowe.

Koniec końców, do samego zamku nie weszliśmy. Kolejki i tłumy ludzi przesądziły sprawę – nie było warto. Pokręciliśmy się po okolicy, zrobiliśmy kilka zdjęć i wróciliśmy do samochodu.


Na tym kończę tę relację. W sobotę dojechaliśmy do domów. Trzy dni wspinaczki, dzień na rozluźnienie i słynny niemiecki zamek na podróż powrotną. Wyjazd się udał i był epicki.

Nie da się ukryć, że apetyt rośnie w miarę jedzenia – choć pokonaliśmy kilka ferrat, chyba wszyscy jesteśmy zgodni co do jednego: pokonanie kolejnych to tylko kwestia czasu. Zwłaszcza, że w Dolomitach jest sporo innych miejsc, które warto zobaczyć – a można się przy okazji pokusić o jakieś trzytysięczniki. Ale najpierw poczekam, aż przestaną mnie budzić sny kończące się upadkiem z ferraty.


Niniejszy wpis jest przeredagowaną częścią wpisu „Między szczytami, via ferratami” opublikowanego w 2019 roku na moim blogu Borutzki. Stąd brak przypisów i bardziej personalny wydźwięk.

Reakcje Fediverse

Dołącz do 10 innych subskrybentów

Postaw mi kawę na buycoffee.to


4 odpowiedzi na “Corvara, Bresannone i Neuschwanstein, czyli powrót z Dolomitów”

Dodaj komentarz